czwartek, 28 lutego 2013

bank nasienia...

Jestem osobą, o nawet bardzo liberalnych poglądach. Jestem za aborcją, za in vitro (pary), za eutanazją, nie mam nic przeciwko homoseksualizmowi. Jedynym "czułym" punktem jest bank nasienia. Dziwna sprawa, prawda? Niby "miękki" temat. Co tu może mnie drażnić?

A no właśnie, precedensowy wyrok w Niemczech, tylko potwierdza moje obawy, co do tej sprawy.
Niby dawca jest anonimowy. Niby dzieci nic nie wiedzą. Niby...

Ale! Anonimowość zostaje wycofana. Dziecko chce wiedzieć.

Przykładowo, jest facet i z jakiś powodów (których może być tysiące, więc tutaj nie będę wchodzić w męskie przemyślenia), zostaje dawcą nasienia. Przykładowo, powiedzmy tylko w dwóch niezależnych klinikach. Mijają lata. Facet założył rodzinę, ma żonę dzieci. I nagle...wszystko się może zdarzyć...

Np. może zdarzyć się tak, że kobieta zobaczy na ulicy dziecko baaaardzo podobne do swojego męża. Co pomyśli?!? Ja bym już miała czarne myśli, mówiąc szczerze. I nie wiem, czy tak z "marszu" uwierzyłabym o banku nasienia, zwłaszcza, że powiedzmy dawcą był 15 lat temu, a dziecko na ulicy ma, powiedzmy, 6 lat. Niby jestem świadoma, że przecież to jest możliwe itp itd, to jednak gdzieś tam, w środku, podświadomość będzie wyciągać ze mnie nieufność, stres, strach... Rodzinny spokój, świadomie założonej rodziny, tego faceta, może mocno zostać zachwiany.

Inny scenariusz. Dziecko poczęte dzięki "hojności" (choć mi po głowie w tym temacie chodzi wyraz gdzie zamiast "h" jest "ch" i zamiast "o" jest "u") takiego faceta, chce poznać swojego biologicznego ojca. Tak jak to ma miejsce właśnie w Niemczech... I co? Taka młoda dziewczyna zapuka do drzwi faceta i powie "dzień dobry tatusiu" ?!? I znów, jego rodzina będzie miała gigantyczny bodziec do kryzysu...
Co gorsze, prawo nie tylko w Polsce, jest "niekompletne" w tej tematyce. I takie pukające do drzwi dziecko, może ubiegać się o...alimenty. A jak ten facet ma więcej "zasianych" dzieci? Jego budżet drastycznie się skurczy, jeśli nie dojdzie i do bankructwa... Wiem, że może chodzić tylko o poznanie swojej genetycznej części. Mimo wszystko stres narasta...

Jeszcze inna sytuacja. Facet z tą swoją rodziną. Jego dzieci już w wieku na "zakochanie" i... Zakochują się w...swoim rodzeństwie!

Wiem, wiem. To ułamki procentowe, że może stać się tak i siak. Jednak mój umysł w tym jednym, jedynym temacie nie umie zaakceptować, strawić i przetworzyć informacji, że na świecie mogłoby być więcej takich "Jego"... Grrrr... Krew mnie zalewa i zazdrość pożera! On jest mój! i naszych DWÓCH dziewczynek. Wszystkim innym wara!!! Bo kły i pazury wyciągnę. I nigdy bym nie zaakceptowała innych Jego małych kopii biegających po świecie i nie ważne, że tylko z probówki. No fucking way!!

Zero tolerancji dla ewentualnych konkurencji dla dziewczynek w Jego tatusiowaniu.
Z ciekawości nad daną tematyką powertowałam to i tamto. Byłam w kilku bankach nasienia. I moją niechęć do tej formy pomocy ludziom, budzą statystyki jakimi te banki się chwalą... To liczby w tysiącach, dziesiątkach tysięcy udanych inseminacji... A ile z tego, to liczby od jednego dawcy? No bo wybaczcie, ale jak w banku nasienia jest facet, który podaje, że wykształcenie zawodowe, że bez prcy, a drugi, że po studiach, świetna praca itp... To chyba wiadomo, które plemniki będą miały większe "branie"- dosłownie i w przenośni... Koszmar...

Choć rozumiem, że jest wiele rodzin, które nie mogą, a bardzo by chciały dziecko. To może inny sposób?...

No nie wiem. To w końcu tylko zdanie matki wariatki...


Ciekawie na ten temat można przeczytać:
 http://www.prawodlalekarza.pl/dawcy-nasienia-w-niemczech-juz-nie-beda-anonimowi/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz