piątek, 15 marca 2013

samolotem, samolotem...

Wycieczki to te do sklepu lub na Starówkę czy do parku. Wystarczy wózek, torba z najpotrzebniejszym ekwipunkiem matki z dzieckiem albo i z dziećmi i można ruszać.
Podróże. Te duże i te małe. Te małe to gdzieś razem, że z drugą osobą dorosłą i w granicach max kilkuset kilometrów. Te duże to dla mnie wyprawa z dwójką dzieci bez osoby towarzyszącej mym męczarniom. Taką dużą podróż odbyłam ostatnio z dziewczynkami do Dziadków, samolotem tzw.tanich linii lotniczych- nie będę ukrywać nazwy- Ryanair!
Czasem może i uda się kupić tanio. Ale obsługa i dodatkowo płatne usługi są... Kulturalnie mówiąc, a raczej pisząc są...NIE MA! Dokładnie rzecz ujmując obsługa istnieje, ale sama dla siebie. A dodatkowe usługi jak priorytetowe wejście na pokład, oczywiście istnieje i można wykupić, ale z respektowaniem tego... Zapomnijcie. Szkoda tracić kasę.


Pierwszy lot Kudłatej - w tamtą stronę- był mimo późnych godzin o wiele łatwiejszy. Choć myślałam, że będzie tym trudniejszym, właśnie przez te późne godziny. Kudłata chodzi spać  na noc, tak w granicach od 18 do 19:30. A my wystartować miałyśmy o 19:55. Na miejscu o 22 z minutami. Nim doczekamy się bagaży i potem dojazd do domu Dziadków... No masakra! Bałam się bardzo! Do tego zminimalizowanie bagażu... Dla 3 dziewczyn jeden bagaż główny 15kg, dwa podręczne i wózek z fotelikiem... A ja tylko o dwóch nogach i rękach...
Przy odprawie głównego bagażu otrzymałam pocieszającą wiadomość. Ludzi jest malutko, tak że jeśli każdy by chciał to mógłby siedzieć przy oknie. O ile wszyscy będą przed czasem odprawieni, samolot może wystartować szybciej nawet do 40min!! Jeśli o mnie chodzi- wiadomość super!
Czas na bramki i kontrolę, czy nie mam ochoty zabić pilota i innych współtowarzyszy podróży. I tu zaczęły się drobne, acz śmierdzące problemy... Musiałam złożyć wózek, żeby go "przepuścić przez maszynkę". Okazało się, że jest za szeroki, więc musiałam go składać niemal do części pierwszych. Fotelik też musiał odbyć tą samą drogę. Strażnik zachwycony oczkami Kudłatej wziął ją na ręce żebym mogła z Zetką przejść przez bramki "czy piszczę". No nie piszczę. Wózek z fotelikiem już przejeżdżały na drugą stronę. A w tym czasie... Kudłata z miłości do strażnika... Ubrązowiła mu białą rękawiczkę...a jaki fetor był przy tym... No i jej złoto było piszczące podczas przechodzenia przez bramkę. Więc strażniczka mnie obmacała, tylko nie wiem po co, jeśli kilka sekund wcześniej przechodziłam z Zetką. Ale Kudłatej już nie tknęła... Jak wszystkie puzzle podróżne zebrałam, musiałyśmy udać się do pokoju matki z dzieckiem. Kudłata cała już była w złotku. Mycie i przebieranie i sruu do bramek.
Miałam wykupione wejście priorytetowe. Wiecie jak to wyglądało? Przy bramce obsługa powiedziała mi, że mam podejść do kierowcy autobusu, że mam priorytet i ma mi otworzyć pierwsze drzwi! O łał!!! Szkoda, że nikt z obsługi nie pomógł mi zejść po schodach do tego autobusu... Dla przypomnienia- wózek z dzieckiem, dwa podręczne bagaże i drugie dziecko... Pomógł mi Anglik.
Dotarłam do autobusu. Kierowca uprzejmy, bez szemrania otworzył mi pierwsze drzwi. I co? I na szczęście podróżnych było tyle, że każdy mógłby siedzieć przy oknie... Bo jak podjechaliśmy pod samolot, kierowca też otworzył najpierw pierwsze drzwi. I nim ja, wielbłądzica ruszyłam z kopyta... Stado dzikich antylop pognało... Ze mną został wcześniej wspomniany Anglik i jakaś parka. Oni wzięli Zetkę, on wózek. Przy samolocie musiałam zostawić i złożyć wózek i zostawić fotelik. Więc na pokład samolotu, trzymając prioryretowy bilet...weszłam ostatnia!
Bez komentarza!


Chusta baaardzo mi się przydała gdy wysiadałyśmy. Kudłata nic a nic nie spała. Miała tylko jeszcze większe oczy i gigantyczny uśmiech na twarzy. Opuszczając pokład samolotu wzięłam Kudłatą w chustę, jeden bagaż podręczny na plecy, drugi pod ramię i Zetkę za drugą rękę. Wylądowaliśmy na samym końcu lotniska, więc do check in szłyśmy kaaaaawał drogi. Ramiona czuję jeszcze dziś!! Ale dałyśmy radę!

Pobyt u Dziadków minął błyskawicznie! Mimo braku słonka i tak czuć było wiosnę przy 10-12 stopniach! I całe pola żółtych, rozkwitających żonkili...wiosna!
Ostatni dzień, niedziela, przygotowała nas na powrót w arktyczne miejsce... Było baaardzo zimno i był okropny, przejmujący, lodowaty wiatr.


Zazdrosna o Dziadka Zetka ;)
 Zetka z kuzynką :)
 Kudłata z kuzynką :)
Kuzynki- psiapsiółki, Zeka mówi po polsku, kuzynka odpowiada jej po angielsku. Kuzynka mówi po angielsku, Zetka odpowiada po polsku :D  Choć i tak i jedna i druga pojedyncze wyrazy z drugiego języka wrzucały w swoje wypowiedzi :)
 Kuzynka, kiedy zobaczyła pierwszy raz Kudłatą, podeszła do mamy i spytała "Mamo, czemu ona ma takie wielkie oczy?" :)))


Powrotu bałam się mniej. Przed podróżą oczywiście. Bo mimo takich a nie innych zastanych warunków w pierwszej podróży, nabrałam siły i wiary, że teraz to tylko lepiej... 

Nie mówić :/
Niby już doświadczona. Niby. To były istnie sielankowe warunki. Teraz czekało mnie piekło!?!

Aby przyśpieszyć swój "priorytetowy" bilet, postanowiłam wózek oddać już z bagażem głównym. Kudłatą trzymałam tylko w foteliku, bo wyjąć z fotelika jest szybciej niż z wózka, który trzeba jeszcze samodzielnie złożyć pod samolotem. Jak się okazało. Nie zrobiło to żadnej różnicy :/
Nie wspomnę o tym, że kiedyś nie trzeba było wykupować (teraz też nie, bo to g...daje) biletów pierwszeństwa itp. Matki z dziećmi, kobiety ciężarne i osoby niepełnosprawne były proszone przez obsługę jako pierwsze- po prostu. Wiem, bo latałam jak byłam z Zetką w ciąży i później już z samą Zetką. Teraz już "moda" na to minęła...
Wracając było baaaaaardzo dużo dzieci i tych kilkuletnich i tych "wózkowych". Przy bramce były dwa pasy- priority i dla wszystkich. Przy tej priorytetowej stały 3 osoby. Podróżujący z dziećmi stali jak wszyscy- w głównej kolejce. Nim my zostałyśmy odhaczone, otworzyli wejście do samolotu. I wierzcie mi, wszyscy równo wystartowali jak na zawodach. My nie, bo czekałyśmy aż nas odhaczą! A dodam, że w drodze powrotnej samolot był niemal pełny!! No i oczywiście, byłyśmy na szarym końcu. Wkur...się nie na żarty! W końcu płaciłam dodatkowo za cholerny priorytet!! Wyprzedziłam wszystkich pasem priority i na pasie lotniska... Złamałam przepisy!!! Nie szłam drogą wyznaczoną tylko ścięłam ją po skosie! Za mną leciała krzycząca obsługa lotniska! Byłam już tak naminowana, że jak facet na mnie naskoczył to ja tak zaczęłam szczekać, że kłaniał się w pas, przepraszał i odszedł. Świnia! Mógł pomóc chociaż. Choć z drugiej strony bał się pewnie, że go pogryzę! ;) Oczywiście, jak mnie gonił to krzyczał, że nie wolno tak chodzić, że za wszystkimi, że ścieżka itp itd... A ja, że mam w dupie tych wszystkich, ścieżki itp itd. Płaciłam za wejście priorytetowe, a jestem ostatnia. Nie wiem jak to jest. Zawsze jak jestem bez wsparcia kogoś, agresor w kryzysowych sytuacjach szybko mi się załącza i nie pozwalam sobie na słodkie słówka i łagodne, polubowne rozwiązywanie sytuacji. Budzi się we mnie dzika bestia! A wystarczy jak jestem gdzieś z Nim... Taka jakaś miękka klucha się robię :) Nie dość, że ja nie krzyczę i nie wykłócam się o swoje, to jeszcze jestem zbulwersowana jak np On staje się agresywniejszy... :D
No cóż... Wtedy pół lotniska mnie słyszało... Oczywiście na pokład samolotu jak się doczłapałyśmy to nie było lekko. 2/3 długości musiałam przejść, żeby znaleźć miejsce dla nas, żebyśmy razem mogły siedzieć!?!
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz... Czemu pierwsze kilka rzędów jest zarezerwowanych, tzn nie można usiąść w tych rzędach, mimo, że tam i tak ostatecznie nikt nie siada?!? Czy ktoś z Was zna przyczynę "blokowania" tych rzędów siedzeń w Ryanair?
Tak jak wcześniej wspomniałam, samolot był pełen i pełno w nim było dzieciaków! W tym trójka wyjących na przemian od samego początku! Więc co zrobiła obsługa samolotu?!? Podkręcili temperaturę na pokładzie chyba na maksa! Ja się rozpuszczałam, Kudłata bez skarpet i ostatecznie w samym body siedziała. Choć bardziej odpowiednie jest stwierdzenie wierzgała! Zetka z wielkimi czerwonymi wypiekami zrobiła się niespokojna. A te wyjce jak wyły tak wyły... Koszmar!

Muszę dodać coś na plus polskiej obsługi lotniska! To było za czasów podróży z samą Zetką i wciąż jest! Jest mi bardzo przyjemnie i lżej dzięki temu!
Mimo, że w UK jest wiele ułatwień dla kobiet z dziećmi, czy latałam do Norwegii, czy Niemiec,  to jeśli chodzi o obsługę przy samolotach tylko w Polsce się z tym spotykam. Gdy samolot ląduje na polskim lotnisku i na pokładzie są matki z "wózkowymi" dziećmi, to obsługa wyciąga wózki i ustawia przy schodach przy samolocie! Kudłatą od razu wsadziłam do wózka i wszystko było lżejsze, łatwiejsze i szybsze. Jak wylądowałyśmy w UK, to i fotelik i wózek wyjechały razem z bagażami... I to jest niezależne od linii lotniczych!

Podsumowując podróż... Bolały mnie i w sumie, to wciąż czuję ramiona i barki. I już wiem, że jeśli kiedykolwiek będę miała lecieć znów Ryanair - nie będę nic dokupować z usług dodatkowych. I tak nie są respektowane...


I jeszcze fotka z pobytu. Wyszło tak, że Zetka i Kudłata mają w misiach po 8 miesięcy :) Więc takie zdjęcie nabrało dla mnie sentymentu- sesja misiowa ;)
U góry jest Zetka, na dole Kudłata :)

Wszystkim mamom wybierającym się z dziećmi samolotem- życzymy ułatwień i przyjemnej podróży ;)
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz